godz.5.13, 15.01.2010, Tokio, Japonia.
Obudziłam się. Leżałam na łóżku szpitalnym w małej, dobrze oświetlonej sali. Nade mną kilka pochylonych twarzy.
-Cud! Jeszcze nigdy coś takiego nie miało miejsca!
-To niemożliwe!
Nie miałam zielonego pojęcia o co chodzi. Dopiero po paru minutach rozbudziłam się i pojęłam, że byłam chora na jakieś śmiertelne choroby i leżałam w śpiączce, z której przed chwilą się wybudziłam. Mogę się założyć, że przez co najmniej kilka lat będą się za mną uganiać, żeby zrobić wywiad - Jak to jest...? etc.
-Właśnie... ile czasu byłam w śpiączce?
-Dziewięć lat... Dziecko, teraz musisz odpoczywać. Jesteś bardzo osłabiona, a twój organizm praktycznie jest do niczego. Zapewne będziesz jeszcze musiała przejeść wiele operacji i badań, ale nie martw się.
-A kiedy wyjdę ze szpitala?-zapytałam całkowicie nie pojmując sytuacji, w której się znajduję.
-Postaramy się jak najszybciej wszystko załatwić, więc zapewne za kilka dni. Jednak jeśli badania będą słabe, będziemy musieli wysłać cię gdzieś indziej, abyś tam wydobrzała.
-Gdzieś indziej, czyli gdzie?-zapytałam przestraszona.
-Prawdopodobnie... do...-doktor zamilkł.
-Gdzie?!-zapytałam wnerwiona.
-Za granicę. Możliwości jest dosyć dużo. Możesz wylądować w Chinach, Korei, Stanach Zjednoczonych albo w Anglii. To już będzie twój wybór. Wszędzie jest dosyć wyrównany poziom medycyny.
Siedziałam na łóżku szpitalnym ze łzami w oczach, na którym jak na razie spędziłam połowę swojego życia. Będę musiała opuścić swoją ojczyznę z powodu mojego cholernego, słabego zdrowia. To nie była dobra wiadomość. Tyle, że nie wiedziałam co mnie jeszcze czeka w najbliższych dniach...
***
Tydzień później.
Jak na razie dosyć badań na dwa tygodnie. Wypisują mnie na ten czas do szpitala. Jak na razie mam jeździć na wózku inwalidzkim, bo oczywiście wszyscy wiedzą ode mnie lepiej co jestem w stanie zrobić, a czego nie i uważają, że chodzenie będzie dla mnie zbyt męczące i trudne po dziewięciu latach śpiączki. Tak więc ubrałam się w ubrania, które dała mi pielęgniarka i przejrzałam się w lustrze. Może się to wydawać dziwne, ale nawet nie pamiętałam jak wyglądałam. Miałam białe włosy i jaśniutkie, niebieskie oczy. Byłam blada, a moją twarz wieńczyły dwa, różowe rumieńce. Pielęgniarka dała mi kosmetyczkę i poleciła, abym poszła do łazienki się umalować. O dziwo dość dobrze mi to wyszło. Po jakichś dziesięciu minutach miałam gotowy makijaż. Pani Ellie (tak się nazywała pielęgniarka) powiedziała, żebym sobie zatrzymała kosmetyki i ubrania. Niestety nikt po mnie nie przyszedł, ani nie przyjechał. Całe szczęście od szpitala do domu miałam jedynie kilka przecznic.
Jak na styczeń, było dosyć ciepło, więc nie zmarzłam idąc, a raczej jadąc do domu. Zatrzymałam się na chwilę, żeby odpocząć. Za plecami ciągle słyszałam jakieś wrzaski. Po jakimś czasie zaczęło mnie to wkurzać. Obróciłam się i nie uwierzyłam własnym oczom. Przed moimi oczami, jakaś piątka chłopaków zwiewała przed tłumem dziewczyn. Co więcej biegli w moją stronę. Zaczęłam jechać tak szybko jak tylko mogłam. Kilka metrów ode mnie był jakiś zaułek, chciałam się tam schować, ale niestety nie udało mi się. Zostałam poturbowana przez tłum rozhisteryzowanych fanek. Jak można było przewidzieć straciłam przytomność. Obudziłam się kilka minut potem w jakimś sklepie. Drzwi były zabarykadowane, a ja nie ogarniająca sytuacji leżałam na ladzie sklepowej.
-Ocknęła się-usłyszałam męski głos.
Podniosłam się i popatrzyłam na piątkę chłopaków stojących przede mną z zatroskanymi twarzami.
-Kim wy jesteście?
-Ty się serio pytasz?-zapytał mnie blondyn z niedowierzaniem.
-Tak, serio. Wybaczcie, ale jestem trochę zacofana jeśli chodzi o... wszystko-powiedziałam zakłopotana-długa historia.
-Chętnie jej wysłuchamy. Jak na razie i tak nie możemy się stąd ruszyć-powiedział mulat wskazując na szklane drzwi wejściowe, za którymi sterczał i wydzierał się tłum dziewczyn z jakimiś plakatami.
-Mam wam opowiedzieć całą historię mojego życia? Z resztą i tak długa to ona nie będzie, ale serio chce się wam słuchać?
-Czemu nie?-powiedział chłopak z burzą loków na głowie-a tak w ogóle to jestem Harry.
-Ja jestem Zayn-powiedział mulat.
-Niall-odparł blondyn.
-Liam-przedstawił się chłopak stojący obok blondyna.
-A ja jestem Louis-powiedział chłopak w bluzce w paski i czerwonych rurkach-a ty?
-Ja jestem Blair-odpowiedziałam.
-To... opowiadaj-powiedział Liam.
-Więc...hmm... urodziłam się dwunastego stycznia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego trzeciego roku w Kioto. Od samych narodzin miałam ogromne problemy zdrowotne, ale jakoś dawałam sobie radę. Potem w wieku ośmiu lat trafiłam do szpitala z powodu zasłabnięcia. Wykryto u mnie kilka chorób śmiertelnych. Kilka dni później zapadłam w śpiączkę. Przy życiu podtrzymywał mnie tylko respirator. Wszyscy wątpili, że się wybudzę. Jakiś miesiąc od mojego wylądowania w szpitalu zginął mój ojciec w wybuchu fabryki, a potem matka rzekomo popełniła samobójstwo w co ja nie wierzę. I zgadnijcie ile czasu byłam w śpiączce?
-Kilka miesięcy-powiedział Louis.
-Kilka tygodni-zgadywał Niall.
-Rok-stwierdził Harry.
-Dwa lata?-spróbował Liam. Tylko Zayn nic nie mówił. Był zamyślony.
-Wybudziłam się tydzień temu. Czyli byłam w śpiączce dziewięć lat.-Cała piątka była zdziwiona-a teraz będę musiała wyjechać nie wiadomo gdzie na badania.
Dodałam zdołowana i wypatrywałam reakcji.
-Czemu się tak patrzycie?-zapytałam w końcu.
-Bo mamy oczy...-bąknął Harry.
-Łał, a tak w ogóle to co masz zamiar ze sobą zrobić?
-Ou~ nie pomyślałam o tym. Najpierw muszę zobaczyć czy mój dom nie został zburzony lub sprzedany. Będę musiała jakoś zarobić pieniądze. Chociaż wątpię, że mój lekarz się na to zgodzi. Jeszcze nie znam żadnych wyników, ale myślę, że nie są najlepsze-powiedziałam zasmucona.
-Jak chcesz to możemy ci jakoś pomóc-powiedział z troską w oczach Liam.
-Nie, dzięki i tak za jakiś miesiąc zapewne wyjadę do Stanów, Korei, Chin albo Anglii...
-Powiedziałaś Anglii?
-Tak, a co?
-Mieszkamy tam. Możemy cię przygarnąć-uśmiechnął się Louis.
Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem, a ten się tylko ciągle uśmiechał.
-Co można porobić? Strzelam, że utknęliśmy tu na jakieś dwadzieścia godzin-stwierdził Zayn.
-Możemy zagrać w butelkę.
-Dobra-zgodziliśmy się.
Harry kręcił butelką, którą któryś z nich wyciągnął ze swojej torby. Wypadło na mnie.
-Prawda czy wyzwanie?
-Wyzwanie.
-hymmm... Zaśpiewaj jakąś piosenkę.
-Nie umiem śpiewać-powiedziałam zrozpaczona-ale dobra, spróbuję.
-Pomożemy ci-powiedział Niall-a co będziesz śpiewała?
-Może... Viva la vida? Strasznie ją lubię.
Cała piątka zrobiła zdziwione miny.
-Co? Coś nie tak?
-To moja ulubiona piosenka-powiedział ze łzami Niall-i śpiewaliśmy ją.
-Aha... to fajnie.
Zaśpiewałam piosenkę, a chłopacy bili mi brawo.
-Masz śliczny głos-przyznał Louis.
-Dzięki-zarumieniłam się.
-I słodko wyglądasz z rumieńcami-dodał Harry uśmiechając się.
Moje rumieńce się powiększyły, a cała piątka wybuchła śmiechem. Kiedy się trochę uspokoili zakręciłam butelką. Wypadło na Zayna.
-Prawda.
-Okej...A mogę zadać ci je na osobności?-popatrzyłam na cały zespół. Zgodzili się. Poszliśmy na zaplecze.
-Dajesz.
-Więc... Kiedy opowiadałam wam o sobie i wszyscy zgadywali ile byłam w śpiączce. Kiedy popatrzyłam na ciebie miałam wrażenie, że znasz to uczucie. Czy ty albo ktoś dla ciebie bliski leżeli w śpiączce? Jeśli nie chcesz nie musisz odpowiadać.
-Kiedy byłem mały i jechałem do mojej cioci z ojcem, miałem wypadek samochodowy. Trafiliśmy do szpitala. Ja leżałem w śpiączce dwa miesiące, a mój tata dwa lata. Jak opowiadałaś o sobie przypomniała mi się ta historia i poczułem się trochę niezręcznie. Użalałem się nad sobą, że leżałem w śpiączce te marne dwa miesiące, podczas gdy ty leżałaś dziewięć lat.
-Aha... Przepraszam.
-Nie masz za co to nie twoja wina. Tak już bywa-uśmiechnął się-wracamy do reszty?
-Em? Tak, już.
W butelkę pograliśmy jeszcze jakieś pół godziny i nam się znudziło. W końcu postanowiliśmy spróbować się stąd wydostać. Była godzina 15.28,a przed drzwiami jeszcze więcej rozhisteryzowanych Directioners niż godzinę temu. Niestety, sklep nie miał tylnego wyjścia. Pozostał jedynie kanał wentylacyjny. Jakimś cudem udało nam się przeczołgać przez kilkadziesiąt metrów ciasnego kanału wentylacyjnego i na dodatek przeciągnąć mój wózek. Wydostaliśmy się ze sklepu i Liam zadzwonił po Paula (ich ochroniarza). Jak na razie byłam zmuszona do pojechania z nimi do ich hotelu.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję, że się wam podoba. I proszę was o szczere opinie w komentarzach. Co tu dłużej pisać...
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Mam nadzieję, że się wam podoba. I proszę was o szczere opinie w komentarzach. Co tu dłużej pisać...
♥ CZYTASZ = KOMENTUJESZ ♥
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz